Zmian ciąg dalszy… cz. 1

A kiedyś mi si wydawało, że u nas tyle zmian, ale to co nastąpiło w przeciągu ostatniego roku, to był huragan zwrotów akcji. Przeżyliśmy, stabilizujemy się i zobaczymy co będzie. A teraz piszę już z drugiej strony Meksyku, z widokiem na inny ocean…

Rok temu, o tej porze stresowałam się, że muszę powiedzieć w mojej ukochanej szkole w Puerto Vallarta, że odchodzę. Odchodzę, bo z Luisem otwieramy własne liceum. Tak w dużym skrócie, mieliśmy doskonały układ z inną szkołą, gdzie Luis był dyrektorem podstawówki i założyliśmy swego rodzaju spółkę. Mieliśmy inwestorów z Kanady i USA, wybrany teren, super architekta, super plany, super nauczycieli, kupę papierkowej roboty, i wspaniałych ludzi dla nas pracujących. Potem przyszły Święta, złożyłam wypowiedzenie, w super atmosferze i dwa tygodnie później nasz przyszły wspólnik, po roku przygotowań, zmienił reguły gry… Sytuacja przestała być idealna i nie wiedzieliśmy co zrobić. Zdecydowaliśmy, że w tej sytuacji, ryzyko było za duże. I tak w maju, wiedzieliśmy, że od sierpnia nie mamy pracy, ani szkoły dla dzieci. Ciut stresujące. W łeb poszły plany wakacji w PL, a Sol tak się cieszyła, i zaczęło się gorączkowe szukanie pracy na całym świecie. W maju, gdy większość szkół, które zatrudniaj nauczycieli z zagranicy ma już pełen skład, bo załatwianie papierów trochę trwa… O krok byłam od pracy w Lizbonie, ze Szwajcarii, Niemiec i Francji kazali się zgłosić za rok, nawet szkoły międzynarodowe w Krakowie obczajałam, ale dla jednych miałam za wysokie kwalifikacje, a drudzy nie potrzebowali już nikogo. W mojej szkole w PV zachowali się super i zaproponowali mi pracę na pół etatu, bo już mieli zastępcę na moje dotychczasowe stanowisko i miejsca darmowe dla obu dziewczynek, ale to nam nie rozwiązywało problemu…

Koniec końców dostałam pracę w Guadalajarze, na stanowisku takim jak w PV i z miejscem dla Sol, a dla Kasi po skończeniu 3 lat. Zdecydowaliśmy się na GDL, bo stwierdziliśmy, że potraktujemy miasto przejściowo i zrobimy kursy, które podniosą nasze kwalifikacje. Ja chciałam dorobić kurs CELTA , a Luis FPELE., oba dostępne tylko w International House, jeden prze Uniwersytet Cambridge, a drugi przez Instituto Cervantes. Za rok w marcu mieliśmy zacząć szukać pracy w Europie.

Mój kurs okazało się mogłam zrobić tylko w wakacje, bo potem nie dało się przez pracę. Więc zafundowałam sobie lipcowy hardcore po dotychczasowych przeżyciach, na kursie, którego nie zaleca się robić przy „life changing events”… A myśmy byli z przeprowadzką, Luis szukał pracy w GDL i domu dla nas w tydzień, z dwoma dziewczynkami, a ja mieszkałam u szwagra… i w weekend jeździłam do domu do PV i po nocach odrabiałam zadania. Mimo iż tak ciężko nie studiowałam chyba na żadnej sesji, to kurs wspominam bardzo miło i planuję za jakiś czas dorobić najwyższy poziom.

W sierpniu w pewnie piątek skończyłam kurs, pojechałam autobusem w nocy do Puerto Vallarta, a w niedzielę przeprowadzaliśmy się do Guadalajary. To jest około 5 godzin autem… W poniedziałek poszłam do nowej pracy, meble i rzeczy dojechały we wtorek…

Przez całe wakacje dostawałam telefony ze szkół, do których wysłałam CV z propozycjami pracy i grzecznie odpowiadałam, że już mam. Luis też znalazł pracę jako dyrektor w innej szkole z miejscem dla Kasi, ale na drugiej stronie miasta.

Guadalajara jest duża… mieszkaliśmy obok parku, który uwielbialiśmy i to by było na tyle… Luis rano z Kasią wyjeżdżał o 6:30, ja o 7:15 Uberem z Sol, bo miałyśmy bliżej. Luis kończył o 2:30, ja o 4:30, w domu bywaliśmy po 5, we wrześniu Luis zaczął swój kurs od pon do pt, od 5 do 9 pm… Było to inne życie, od naszego w Puerto Vallarta. Od zwariowania ratował mnie park. Byliśmy w nim co weekend i często pod wieczór w tygodniu.

Moja szkoła to był gwóźdź do trumny. Pominę nazwę, i tak już nie ważne. Pracowałam w wielu miejscach, w wielu krajach, ale takiego mobbingu i stresu, to jeszcze nie przeżyłam. Co dwa tygodnie każdego miesiąca, bo tu płacą co 15 dni, było zgadywanie wszystkich ile nam zapłacili, bo potrącane było za wszystko. Legalnie bo połowa pensji to pensja, a druga połowa „bonusy”. Mi potrącono np, bo nauczycielka mi podlegająca miała problemy z trudną grupą. Rotacja nauczycieli niesamowita. A szkoła publicznie prezentowała się super, 130 lat tradycji, obecna na 4 kontynentach, filie nawet w Południowej Afryce… Na stanowisku kierowniczym, miałam 25 godzin lekcyjnych i 8 godzin dyżurów… Robotę papierkową robiłam po nocach w domu. Nie byłam, ani dobrym kierownikiem, ani nauczycielem. I ten stres… Osoba, nade mną, bała się, że jej ukradnę stanowisko, wiec tępiła mnie jak mogła.

Sol też nie była szczęśliwa. Powoli się adaptowała, ale pierwszy miesiąc przepłakała codziennie jak ją zostawiałam i za każdym razem jak mnie w szkole widziała. Najbardziej lubiła basen we wtorki i odliczała dni przez cały tydzień. W końcu się zaadaptowała, ale to nie by jej ukochany British.

Kasia w swojej szkole była szczęśliwa, odpieluchowała się w zasadzie sama po drugich urodzinach, rosła i dojrzewała w oczach. Tylko mało ją widywałam.

W październiku zadzwonił telefon z numeru którego nie znałam. Nigdy nie odbieram, ale czekałam na paczkę z Polski. Dzwonili ze szkoły z Playa del Carmen, potrzebowali nauczyciela od zaraz. I umówiłam się na rozmowę przez Skype.

International School of Playa del Carmen, weszłam na ich stronę internetową, sprawdziłam Facebooka, wygooglowałam dyrekcję, i już wiedziałam, że będę chciała wysłuchać, co mają do powiedzenia.

Propozycja była na tyle interesująca, że umówiliśmy się na drugą rozmowę, chcieli też zobaczyć Luisa, miejsce wydawało się rajem, ale… tych „ale” było dużo. Oni potrzebowali kogoś od już, bo nauczyciel, którego mieli musiał nagle wrócić do USA. A tu październik, Luis z kursem do końca listopada, poza tym w Playa del Carmen nie miałby pracy, dziewczynki w szkołach…

Po rozmowach zaproponowano pracę mi, Luisowi, miejsce dla Sol od już i dla Kasi od sierpnia. W szkole w Guadalajarze coś się znowu wydarzyło, czara się przelała i zdecydowaliśmy się na kolejną przeprowadzkę. Ja sama z Sol miałam lecieć w listopadzie, znaleźć tam mieszkanie, przedszkole dla Kasi, wrócić w Grudniu, i znowu w styczniu polecieć z dwoma dziewczynkami, a Luis miał dojechać autem (5 dni drogi). Luis miał zostać sam z Kasią, z kursem przez jeszcze dwa tygodnie i wyprzedażą całego naszego ośmioletniego dobytku…

W pracy wiedziałam, że 15go listopada wygasa mi umowa próbna, więc legalnie byłam wolna. 2 tygodnie wcześniej im powiedziałam, choć nie musiałam i zaczęłam szukać mojego zastępcy. Dzień wypowiedzenia był okropny, dyrektorka nie była najmilsza, czego zresztą się spodziewałam. Wróciłam do domu płacząc. Na następny dzień zadzwoniła proponując mi stanowisko zastępcy dyrektora, podwójną pensję i za 4 lata stanowisko dyrektorskie w którejś ze szkół na świecie. Pomyśleliśmy z Luisem 2 dni i odmówiłam… Usłyszałam, że to największy błąd w moim życiu.

15go listopada poszłam ostatni dzień do pracy, 16go rano byłam w Sol w samolocie ze złamanym sercem tęskniąc za Kasią, 17go poszłam do pracy, Sol do nowej szkoły…

Ciąg dalszy nastąpi… mam nadzieję, że nie za rok…

 

 

IMG_3760
Wejście do nowej szkoły…
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s